Archive for the ‘that’s interesting’ Category
Mało, a cieszy
Odkryłem dzisiaj, że radość z grania zależy w dużym stopniu od tego jak dużo gramy w ogóle. Odpalając Fallouta 3 (w którego nota bene za wiele nie pograłem, ale to inna para kaloszy) byłem zauroczony światem, drobiazgowością i detalami. Wyjścia z krypty na powierzchnię nie zapomnę na długo – zniszczony świat, po którym mogę się poruszać do woli, rozglądać, wspinać po górkach i podziwiać krajobraz po horyzont! To był dla mnie szok jakościowy.
Gdybym był wytrawnym graczem, to pewnie bym nawet na takie niuanse nie zwrócił uwagi, w całości skupiając się na tym, na co narzeka reszta społeczności maniaków Fallouta.
Przypomina mi się sytuacja jeszcze z czasów podstawówki – kolega właśnie dostał swojego pierwszego blaszaka, na którym oczywiście giercował ile mama tylko pozwalała. Ja wówczas zaliczałem się może nie do “rasowych graczy”, ale sporo tytułów miałem już okazję widzieć i zasmakować, a ponadto wspierałem się co najmniej dwoma tytułami fachowej prasy. Jakie było moje zdziwienie, kiedy kolega piał z zachwytu nad tytułami, które w zgodnej opinii należały do góry chłamu, które od czasu do czasu jakieś studio popełni. Fatalna grafika, fatalna mechanika, fatalna fabuła, fatalne co tylko się da.
A ten się cieszy jak dziecko na gwiazdkę.
Podobnie czuję się sam dzisiaj grając w demo Mafii 2 (wow! to będzie TYTUŁ!), Mass Effect, czy wspomnianego F3. Mnie się podoba, ale pewności, że to dobre tytuły – absolutnie żadnej. Z drugiej strony… co w tym złego? Może to i lepiej grać od święta, ale zawsze mieć z tego radochę?
p.s.
Tymczasem czekając na Mafię 2 odpaliłem jedynkę. Grafa już nie dzisiejsza, ale klimaaaat… trzyma do dziś!
Migoł, czyli słów kilka o zabawce za dwa klocki
Po miesiącu zabawy z nową zabawką postanowiłem naskrobać parę zdań na temat swoich wrażeń. W sieci aż roi się od recenzji, również dla tych, którzy nie lubią czytać, co więc w takim razie można jeszcze dodać? Chyba spróbować odpowiedzieć na pytanie: czy warto?
N900 nie da się jednoznacznie ocenić. Podobnie jak w przypadku iPhone’ów, tak i w stosunku do produktu Nokii można z miejsca zostać fanbojem fanatykiem, bądź haterem. Ci pierwsi zachwycają się tym, co tak głośno przewija się w recenzjach: moc urządzenia, multitasking, jakość wykonania, wolność dla developerów (znacznie większa niż w przypadku Androida). Ci drudzy wyliczają wady: rozmiary (ciężki grubas), brak softu (nawet przy dodaniu dodatkowych repozytoriów nie ma co porównywać z Android Marketem, o Apple Store nie wspominając), cena, niedostępność u polskich operatorów, brak multitouch oraz brak standardowo niektórych funkcjonalności (mms, obsługa kodów pre-paidów). Jakby tego było mało, N900 nie jest kompatybilna m.in. z Nokia Ovi Suite, softem do zgrabnej komunikacji telefonu tabletu z komputerem.
Oliwy do ognia dolewa wiadomość o powstaniu (Moblin + Maemo 6 = ) MeeGo, który ma zastąpić Maemo 5, przy jednoczesnym braku zdecydowania ze strony Nokii – wspierać meego na N900, czy nie wspierać. Wielu dzisiejszych użytkowników obawia się, że kupili maszynkę, która za pół roku “straci ważność”. Oczywiście – jest to bzdurne podejście, nawet bez oficjalnego wsparcia meego na N900 ruszy – to po pierwsze. Po drugie, soft stworzony pod MeeGo ma działać na Maemo 5. Wszystko zostaje w rodzinie.
Nie zmienia to jednak faktu, że niesmak i obawy psują atmosferę wokół marki i ewentualnych nowych użytkowników odstraszają.
Tekst się jednak rozrósł, a odpowiedzi na postawione wyżej pytanie wciąż brak. Wad wymieniłem sporo i pewnie już na dobre odstraszyłem ewentualnych nabywców
Wypadałoby więc odpowiedzieć sobie, dlaczego jednak jestem z zakupu zadowolony? Spore znaczenie ma tu z pewnością fakt, że nie należę do tzw. przeciętnych użytkowników. Kupiłem N900 nie tylko po to, żeby szpanować w otoczeniu (od tego jest iPhone), ale żeby mieć fun. Geekowy fun. Przeciętny użytkownik nie będzie jarał się odpaleniem na telefonie tablecie conky, vima, pythona, ruby’ego, czy dowolnej debianowej paczki.
Jeśli nie wiesz o czym mówię, Drogi Czytelniku, ten telefon tablet nie jest dla Ciebie. N900 to naprawdę mocna maszynka sama w sobie, ale to za słaby argument, by wyłożyć 2-2,5 tys. zł. Jeśli chcesz fajny telefon kup jakiegoś Androida (np. wspominanego już kiedyś przeze mnie Motorolę Droid), albo iPhone’a. Zapłacisz mniej, a radości i pożytku będzie więcej.
Przynajmniej do czasu, kiedy nie ustabilizuje się sprawa softu wokół N900, a Ovi Store nie zaroi od dobrych pozycji. Jeden Bounce Evolution to za mało. Google się udało, wierzę, że w tym przypadku będzie podobnie, potrzeba jednak na to trochę czasu.
Ci jednak, którzy prezentują podobne do mnie podejście, będą się jarać nową zabawką jak dzieci
A kiedy znudzi się już Bounce, ScummVM, przełączanie rodzicom kanału w TV, czy akurat nie będzie niczego ciekawego do obejrzenia za pomocą mplayera, zawsze będzie można odpalić swój ulubiony edytor, wybrać między GTK, a QT i popracować nad własną aplikacją.
Paradoks kwaśnych winogron
Bawi mnie obecny szum wokół iPada, nowego dziecka Steve’a Jobsa. Zarówno ten apple-heaterów, jak i apple-fanatyków.
Ci pierwsi tradycyjnie mieszają nowy produkt z błotem wyśmiewając jego przydatność oraz możliwości. Do pełni zachowania tradycji brakuje tylko wróżenia fiaska produktu – już się grupa nauczyła, że choćby nie wiadomo jakie wady powytykać, Apple i tak odniesie sukces, a nowe nadgryzione jabłko trafi pod wiele strzech.
Z kolei ci drudzy – również zgodnie z tradycją – masturbują się nad tabletem, jakby widzieli nowy cud świata. Chłopaki! To tylko tablet. Nihil novi, chciałoby się rzec.
Dlaczego więc Apple tradycyjnie zarobi grube miliony? Pomijając tak oczywiste punkty jak uznanie marki, przerażająco skuteczny marketing, czy modę – to przede wszystkim, tradycyjnie, tablet trafi idealnie w potrzeby klientów. Ludzi. Miliony kukiełek drepczących w te i wewte po świecie.
Apple, co mu się głównie zarzuca, skupia się bowiem nie na wymyślaniu nowych technologii, ale jak te technologie podać człowiekowi najlepiej, najwygodniej, najefektowniej i inne naj.
Weźmy chociażby ten tablet. Parę lat temu wybuchła wielka moda na netbooki. Sam byłem już bliski zakupu takiej maszynki, tylko ciągle czułem jakieś “ale”. Zastanówmy się bowiem na co człowiekowi netbook? Do programowania? 0.1% użytkowników może i tak odpowie, ale i oni będą okłamywali samych siebie. To są maszynki, żeby nie dźwigać ze sobą wielokilogramowego klocka, a zarazem nie być odciętym od sieci. Smartphone? Fajne, ale za małe, i zbyt uciążliwe na dłuższą metę. Wymyślono więc mini laptopy, które jednak są za słabe, żeby na tym poszaleć (filmy hd, gry, programowanie), oraz za drogie, żeby jedynie dostarczyć sobie narzędzie do przeglądania greadera w tramwaju.
Tablet, choćby taki jak ten z nadgryzionym jabłkiem1, idealnie odpowiada potrzebom szarego ludu – wystarczająco duży ekran, żeby wygodnie korzystać, przy zachowaniu małej wagi i rozmiarów umożliwiających swobodne przemieszczanie się z urządzeniem. Do tego dochodzi interfejs idioto-odporny, wygodny i efekciarski.
Po prostu idealne narzędzie dla ludzi dużo podróżujących, czy wysiadujących godzinami na nudnych wykładach. Pewnie ktoś zapyta, “dlaczego w takim razie wcześniejsze tablety nie odnosiły sukcesów?” Przychodzą mi na myśl dwie przyczyny. Po pierwsze technologia wczoraj, a dziś. Multi-touch, czy nawet jakość samego touch-pada, wydajność etc. Drugi powód – niektóre pomysły potrzebują czasu, żeby dojrzeć, oraz czasu, żeby znaleźć odpowiedni dla siebie moment. Apple, tradycyjnie, trafia w ten czas.
p.s.
dzisiejszy tekst sponsorowała literka T oraz słowo Tradycja
- no bo będą i inne – szykuje się już google [↩]
Wielki Piątek dniem wolnym od pracy!
Czy Wielki Piątek powinien być dniem wolnym od pracy? Oddajmy głos Pani Gieni.
Zdecydowanie! Trzeba wielkie zakupy przecież zrobić!
Nasuwa się pytanie – ale kiedy piątek będzie wolnym dniem, to gdzie Pani Gienia zrobi zakupy?
Na szczęście mamy jeszcze Wielki Czwartek! Domagajmy się więc – Wielki Czwartek dniem wolnym od pracy!

