Archive for the ‘książkowo’ Category
Pisać każdy może, trochę lepiej, czasem trochę gorzej
Stephen King to bez wątpienia płodny autor, zarówno jeśli chodzi o częstotliwość wydawania, jak i “grubość” swoich dzieł1. Co jednak ważniejsze – niemal każde staje się z miejsca bestsellerem uznanym przez czytelników, często też trafiając na duży ekran w roli kasowego hiciora.
Jak ten gość to robi? – takie pytanie pewnie można zadać, zwłaszcza samemu próbując spłodzić jakikolwiek tekst, choćby to było wypracowanie z języka polskiego. O tym traktuje poradnik z nutą biograficzną: Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika. Książka podzielona jest na dwie główne części – mini autobiografię autora, w której przedstawia historię narodzin Stephena pisarza, uzupełniając paroma ciekawostkami z życia; oraz część główną, czyli właściwy poradnik.
Jeśli piszesz cokolwiek bardziej pasjonującego niż druczki PIT-u, albo podpisy pod zdjęciami na naszej-klasie (pardon, nk), to ta książka jest dla ciebie. Nie ważne, czy twoja forma jest poważna mniej (blog, relacje sportowe), bardziej (powieści, opowiadania), czy… abstrakcyjna jak pisanie kodu programistycznego – ta książka jest dla ciebie.
Pisanie to telepatia, magiczna moc przelewania swoich myśli poprzez nośnik, by przekazać ją dalej, w inny czas i miejsce. Same zasady, porady i reguły stosowane i przedstawiane przez autora pasują zatem idealnie niezależnie od tego, jaką formę obejmie twoje machanie piórem, czy klepanie po klawiaturze.
Najważniejsza zasada? Dużo pisać i jeszcze więcej czytać. Po resztę sięgnijcie do książki. Jest krótka2, więc można łyknąć w dzień-dwa, a po lekturze aż chce się pisać.
Fallout po rusku, czyli zwiedzamy metro. Metro 2033.
Po szkolnych lekturach (Mistrz i Małgorzata oraz Zbrodnia i kara) nie sądziłem, że jeszcze jakąś rosyjskiego autorstwa przeczytam, a tu niespodziewajka. O książce usłyszałem za sprawą gry na jej podstawie, gdzie w zapowiedziach rozpoznałem znajomy mroczny klimat post-apokaliptycznego świata, którego miłośnikom Fallout’ów, Mad Maxa, czy Stalkera przytaczać nie trzeba.
Oszczędźmy sobie jednak genezę rosyjskiego bestsellera1, a przejdźmy do rzeczy. Jeśli za miarę jakości lektury przyjąć “siłę wciągania”, to Metro 2033 w pełni zasługuje na wysokie noty; Dmitry Glukhovsky zgrabnie przeprowadza czytelnika przez kolejne tunele moskiewskiego metra, roztaczając wokół czytelnika mroczną atmosferę życia pod powierzchnią ziemi, wśród popaprańców wszelkiej maści: od zwykłych szaleńców zaczynając, przez neo-faszystów po kanibali i mutantów. Całość podana jest w smacznym sosie własnym odpowiadającym za fabułę – w zasadzie prostą, ale przyjemną, dynamiczną i pozbawioną jakichkolwiek nudnych przestojów.
Żeby jednak nie było za słodko należy się zjeba Wydawnictwu Insignis. Po pierwsze primo – literówki. Nie wiem, czy to wina pośpiechu, czy grubości (590 stron) lektury, czy może korekta sprawdzała tłumaczenie nad flaszką zza wschodniej granicy. Faktem jednak jest, że literówek jest od groma i ich ilość znacznie przekracza kryterium przyzwoitości. Drugi babol to litery na okładce – teoretycznie ładnie wypukłe i odblaskowe, w praktyce pod wpływem ciepła… rozpływają się zostawiając na dłoni srebrny proszek. Miało być efektownie, wyszło jak zawsze. Jedynie mały plusik należy się za wkładkę z planem metra. Szkoda jedynie, że plan jest wszyty w książkę i nie można go wyciągnąć bez szkody dla cegłówki.
Cóż. Pozostaje mi zachęcić do lektury – czyta się szybko i przyjemnie. Mnie pozostaje czekać na polskie wydanie Metro 2034 – może tym razem lepszej jakości.
Oprawca edukuje
Kevina Mitnicka chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Najsłynniejszy “komputerowy włamywacz świata” po wyjściu na wolność postanowił przejść na jasną stronę mocy i zamiast włamywać edukuje jak się przed włamaniami bronić.
I na tym w zasadzie można by skończyć przedstawienie książki “Sztuka podstępu. Łamałem ludzi, a nie hasła” Do lektury zachęciło mnie streszczenie przez znajomego części anegdot zawartych w książce, przedstawiających sposoby włamania. Trzeba przyznać, że przy wielu z nich można się za głowę złapać – z jednej strony takie to banalne, ze aż korci, by zabawić się w ten sposób cudzym kosztem, a z drugiej… wciąż nie można się nadziwić jacy ludzie są naiwni, delikatnie mówiąc. Ano właśnie – to nie jest “szkoła hackingu”. Bodaj w jednym akapicie autor przedstawia fragment komendy wpisywanej w terminal (i to też nie jakiejś wyszukanej), tak to mamy do czynienia tylko i wyłącznie z wpływaniem na ludzi – jak ich namówić do podania hasła, zrobienia tego, czy owego. Bo i o tym jest ta książka – o socjotechnikach.
Przeciętny, zorientowany człowiek z branży IT raczej nie powinien się dziś na te numery nabrać1 (choć jest w książce parę wyszukanych i naprawdę trudnych do wykrycia) i pozycja ta będzie go raczej nudzić – na jedną stronę historyjki przypada kolejne pięć moralizowania i rozkładania na czynniki pierwsze. Nuda.
Z drugiej strony… ci wszyscy, którzy wkleili na n-k łańcuszek usuwający śledzika powinni tę lekturę przeczytać i to ze dwa razy najlepiej. A potem jeszcze zdać z tego materiału jakiś egzamin.
- chciałbym w to wierzyć [↩]
O postanowieniach, czasie, motywacji i psychozie
Zachciało mi się w tym roku wymusić na sobie regularne czytanie. Jedna książka miesięcznie zagrzmiał wyrok w mojej głowie1.
Jak na razie idzie mi kiepsko – marzec się kończy, czyli – jak łatwo policzyć – powinienem być już co najmniej pod koniec trzeciej lektury, a kończę dopiero drugą2. Pomyślałem, że może publiczne samobiczowanie wpłynie motywująco, ale nie na tym chciałem się dziś skupić.
Dla utrzymania porządku obrad telegraficzny skrót pozycji tegorocznych: Świat według Clarksona oraz Boże inwazje. Życie Philipa K. Dicka.
Clarkson zebrał w zgrabny tomik felietony z bodaj trzech lat – zgrabne, lekkie, rzadko odkrywcze, częściej zabawne, ale ogólnie bez rewelacji.
Dick to natomiast nieźle pokręcona postać, którą należy znać dzięki takim powieściom jak Ubik, czy Człowiek z wysokiego zamku3, że o licznych adaptacjach filmowych nie wspomnę (ze słynnym Blade Runnerem na czele). Jak łatwo się domyślić – biografia zainteresuje raczej tylko miłośników prozy Philipa Dicka; dla nich samych oferuje sporą dawkę informacji, anegdot i cytatów z życia pisarza. Niebanalna i miejscami przerażająca4 historia “jedynego artysty wśród pisarzy SF”5.
Pewnie dawno już skończyłbym drugą pozycję, a może i kończył trzecią, gdyby nie chroniczny brak czasu, który jeszcze został ograniczony serialami i nową zabawką, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tylko czas zakasać rękawy6.
Także tego. Do przeczytania7.
- jeśli jesteś w trakcie programu debilizacji przez tzw. oświatę, to zapewne łapiesz się za głowę [↩]
- za to w ekstremalnym tempie rośnie mi kategoria to-read [↩]
- i wielu innych [↩]
- Dick pochłaniał amfę na kilogramy [↩]
- konkurs – kto to powiedział? [↩]
- w zasadzie tu miała być nota moralizatorska o pilnowaniu priorytetów i takie tam, ale… who cares [↩]
- tym samym chciałem zapoczątkować mini-serię recenzji [↩]
Niech żyje Sesja!!
Nie wiem jak wy, ale ja kocham sesję. Mam nawet dla tego okresu specjalną nazwę – Wielkie Nadrabianie. To kilkanaście godzin mniej na uczelni (plus dojazdy!) oraz co najmniej kilka mniej na pisanie sprawka/laborki/seminarki, czy co tam trzeba akuratnie tworzyć.
Tymczasem można będzie dokończyć Mass Effect (akurat tuż przed premierą dwójki), kilka książek, zaprzyjaźnić się w końcu z Gitem, PyQt/PySide oraz Django. Że o nadrobieniu godzin w pracy nie wspomnę.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie te zakreślone na czerwono daty w kalendarzu…
