When I was 14, my father was stationed in Japan. I went rock-climbing with this kid from school. He fell and got injured and I had to bring him to the hospital. And we came in through the wrong entrance and passed this guy in the hall. He was a janitor. My friend came down with an infection and the doctors didn't know what to do. So they brought in the janitor. He was a doctor. And a buraku. One of Japan's untouchables. His ancestors had been slaughterers, gravediggers. And this guy, he knew that he wasn't accepted by the staff, didn't even try. He didn't dress well, he didn't pretend to be one of them. The people around that place, they didn't think he had anything they wanted, except when they needed him. Because he was right. Which meant that nothing else mattered. And they had to listen to him.
Gregory House

Paradoks kwaśnych winogron

Bawi mnie obecny szum wokół iPada, nowego dziecka Steve’a Jobsa. Zarówno ten apple-heaterów, jak i apple-fanatyków.

Ci pierwsi tradycyjnie mieszają nowy produkt z błotem wyśmiewając jego przydatność oraz możliwości. Do pełni zachowania tradycji brakuje tylko wróżenia fiaska produktu – już się grupa nauczyła, że choćby nie wiadomo jakie wady powytykać, Apple i tak odniesie sukces, a nowe nadgryzione jabłko trafi pod wiele strzech.

Z kolei ci drudzy – również zgodnie z tradycją – masturbują się nad tabletem, jakby widzieli nowy cud świata. Chłopaki! To tylko tablet. Nihil novi, chciałoby się rzec.

Dlaczego więc Apple tradycyjnie zarobi grube miliony? Pomijając tak oczywiste punkty jak uznanie marki, przerażająco skuteczny marketing, czy modę – to przede wszystkim, tradycyjnie, tablet trafi idealnie w potrzeby klientów. Ludzi. Miliony kukiełek drepczących w te i wewte po świecie.

Apple, co mu się głównie zarzuca, skupia się bowiem nie na wymyślaniu nowych technologii, ale jak te technologie podać człowiekowi najlepiej, najwygodniej, najefektowniej i inne naj.

Weźmy chociażby ten tablet. Parę lat temu wybuchła wielka moda na netbooki. Sam byłem już bliski zakupu takiej maszynki, tylko ciągle czułem jakieś “ale”. Zastanówmy się bowiem na co człowiekowi netbook? Do programowania? 0.1% użytkowników może i tak odpowie, ale i oni będą okłamywali samych siebie. To są maszynki, żeby nie dźwigać ze sobą wielokilogramowego klocka, a zarazem nie być odciętym od sieci. Smartphone? Fajne, ale za małe, i zbyt uciążliwe na dłuższą metę. Wymyślono więc mini laptopy, które jednak są za słabe, żeby na tym poszaleć (filmy hd, gry, programowanie), oraz za drogie, żeby jedynie dostarczyć sobie narzędzie do przeglądania greadera w tramwaju.

Tablet, choćby taki jak ten z nadgryzionym jabłkiem1, idealnie odpowiada potrzebom szarego ludu – wystarczająco duży ekran, żeby wygodnie korzystać, przy zachowaniu małej wagi i rozmiarów umożliwiających swobodne przemieszczanie się z urządzeniem. Do tego dochodzi interfejs idioto-odporny, wygodny i efekciarski.

Po prostu idealne narzędzie dla ludzi dużo podróżujących, czy wysiadujących godzinami na nudnych wykładach. Pewnie ktoś zapyta, “dlaczego w takim razie wcześniejsze tablety nie odnosiły sukcesów?” Przychodzą mi na myśl dwie przyczyny. Po pierwsze technologia wczoraj, a dziś. Multi-touch, czy nawet jakość samego touch-pada, wydajność etc. Drugi powód – niektóre pomysły potrzebują czasu, żeby dojrzeć, oraz czasu, żeby znaleźć odpowiedni dla siebie moment. Apple, tradycyjnie, trafia w ten czas.

p.s.

dzisiejszy tekst sponsorowała literka T oraz słowo Tradycja

  1. no bo będą i inne – szykuje się już google []

1 Response to “Paradoks kwaśnych winogron”


  1. 1 CoSTa

    Wiem, wiem… Wpis swoje już odleżał ale dziś robię krótki przegląd RSSów i wpadłem na ten głos rozsądku. Bardzo rzadki niestety. I jeden z niewielu, pod którym mogę się podpisać obiema kończynami górnymi, o dolnych już nie wspominając.

    Dokładnie tak – proste urządzenie dla ludzi nie potrzebujących wiele za to chcących zrobić jedno maźnięcie po ekranie w celu odblokowania sprzęciora, jedno puknięcie dla odpalenia maila i… voila! Działa.

    Zanim się mój netbook odpali przechodzi mi chęć na odebranie maili. Zanim się zaloguję, muszę już to wszystko zamykać bo dzieciak drzeć się w pokoju obok zaczyna. Czy usunięcie tego etapu odpalania warte będzie wywalenia niemałej kasy? Nie wiem, dopóki nie pomacam. Zakładam, że nie będzie. Ale kiedy pomacam i okaże się, że będzie warto – się nie zastanawiam nawet i biorę. Wszystko by tylko tego netbooka jakoś pominąć w codziennym używaniu. I by robić to nieco wygodniej niż na małym ekranie ajfona.

Leave a Reply