Archive for November, 2008
Pięć ulubionych goli
Pod wpływem wpisu Steca zebrało mi się na wybranie swoich ulubionych pięć bramek “moich” czasów. Żeby nie przynudzać zbyt długo, to jadymy:
5. Żurawski – Walia 2:3 Polska (el do MŚ ’06)
Prawdziwie klasa światowa – od rozegrania Mili (sic!), po rajd Żurawskiego z obrońcą na plecach i strzałem w okno. No i Szpaku DWA! DWA! DWA JEDEN!
4. Kamil Kosowski – Wisła 4:1 Parma (UEFA ’03)
Można by powiedzieć, że od tej bramki zaczął się niesamowity okres Wisły. I chociaż to straszna szmata wpadła, to ta szmata sprawiła, że przeżyłem jeden z najpiękniejszych piłkarskich wieczorów przed TV, a potem kolejne w meczach z Schalke.
3. Teddy Sheringham i Ole Gunnar Solskjær – Manchester United 2:1 Bayern Monachium (finał LM 1999)
Tych bramek nie da się traktować osobno. Kto tego nie widział, ten nic nie widział. Prawdziwy Klasyk przez duże K.
2. Del Piero – Italia 2:0 Niemcy (półfinał MŚ ’06)
Genialne wyjście Cannavaro od którego zaczęła się ta kontra, a potem tylko tak jak tylko Szpakowski potrafi: Ajj, będzie Del Piero! DWA! DWA! NOKAUTUJĄCE UDERZENIE!1.
1. Ravanelli – Juventus 1:1 (4:2 w karnych) Ajax (finał LM 1996)
To był niesamowity sezon. Legia w ćwierćfinale LM, Warzycha strzelający bramkę w półfinale wielkiemu Ajaxowi. Juventus mnie wtedy oczarował – Lippi trener, Del Piero, Di Livio, Ferrara, Deschamps, Peruzzi… i tak mi zostało do dziś
A jakie są Twoje ulubione bramki?
- i zapłakane mordy Niemiaszków, hyhyhy [↩]
Footlocker jest fajny!
W przeciwieństwie do moich perturbacji z Cenegą, to tym razem chciałem kogoś pochwalić. Zrobiłem kolejne zakupy na footlockerze i po raz kolejny jestem zadowolonym klientem. Mają świetne przeceny (dostałem właśnie paczkę z fajowymi Converse’ami za 29.99$, gdzie cena przed obniżką wynosiła 89.99$), a paczki do Polski lecą ok tydzień – półtora. Polecam!1
Tylko trzeba uważać z wielkością zamówienia – kumplowi raz paczuszka posiedziała u celnika dodatkowy tydzień, czy dwa i przyszła z dodatkowym rachunkiem na 60 zł
.
- tak, ten wpis jest tylko po to, żeby pochwalić się buciorami
[↩]
PHPTAL rządzi!!1!1!oneoneone
S(z)marty wyrobiły we mnie odrazę do systemu szablonów – po stokroć wolałem wbudowane we frameworki pseudo systemy, które polegają na wymieszaniu prościutkiego do bólu php1 z htmlem. Niby mamy zupę, ale w zasadzie oddzielamy prezentację od treści – w szablonach jedynie wyświetlamy dynamiczne wartości, zero obróbki2.
Wiedziałem jednak, że takie rozwiązanie ma swoje wady i są lepsze, ale jakoś nie potrafiłem się zmotywować, żeby w końcu wypróbować PHPTAL. W końcu jednak nadeszło nie ma zmiłuj się i wypróbowałem. Powiem krótko: mniam!!
- błyskawicznie można się tego nauczyć – trzy, cztery godzinki i trzaskasz szablony, jakbyś od małego tego używał
- banalna integracja
- kooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooood!!!
Gotowe szablony można odpalić na lokalu w przeglądarce. Bez wykorzystania php (!!). Specyficzna konstrukcja tagów sprawia, że możemy wewnątrz szablonów przygotowywać od razu przykładowe dane, które wyświetlą się tylko i wyłącznie, gdy szablon nie zostanie przepuszczony przez interpreter PHPTALa. Sam kod jest tak samo czytelny jak czysty XHTML – zero spaghetti! Jedyne co mamy nadmiarowe w stosunku do czystego HTMLa to dodatkowe atrybuty tu i ówdzie. Polecam!
Wady? Przydałoby się coś w rodzaju frameworkowych action(‘akcja’, array(‘zmienna1′, ‘zmienna2′…)) – trzeba się nieco nagłowić, żeby się tak odwoływać. Dla Zenda najprostsze rozwiązanie jakie mi do tej pory przyszło na myśl to:
<div tal:content="structure php:
this.action('akcja',
'kontroler',
'moduł',
array('zmienna1' => 'wartość1'))">
Tu będzie jakaś treść podmieniona przez naszą akcję
</div>
Chociaż oczywiście może istnieć jakieś ładniejsze rozwiązanie
Sklep Cenegi śmierdzi zgniłym prąciem
Parę dni temu trzecia część jednej z najwybitniejszych gier wszech czasów została wydana na światło dzienne. Postanowiłem szarpnąć się na edycję kolekcjonerską – a co, raz się żyje! Grę w Polsce wydała firma Cenega. Tak się akurat złożyło, że byłem już na jej stronie zarejestrowany tyle tylko, że jedną z wydanych przez nich gier kupowałem w Empiku. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że na podstronie sklepu Cenegi… muszę założyć nowe konto. No, ale nic, to nie boli.
Zamówiłem preorder i… cholera, gdzie tu się płaci? Nauczony doświadczeniem z gram.pl pomyślałem, że może za preordery się płaci dopiero gdzieś na tydzień – dwa przed wysyłką. No i w sumie jakoś tak przyszedł mail z przypomnieniem, żeby zapłacić… ok, tylko jak?! Otóż geniusze, którzy stworzyli sklep Cenegi wpadli na rewolucyjny pomysł realizacji kwestii płatności – należy przejść do sekcji płatności, WKLEPAĆ w inputa sumę, którą chcemy przelać i kliknąć “zapłać”, by zostać przeniesionym na stronę popularnego systemu przelewów przez internet. Usability na szóstkę z plusem.
To niestety nie był koniec niespodzianek – najgorsze było dopiero przede mną. 30 października dostałem maila, w który poinformowano mnie, że:
Szanowny kliencie, Z przykrością zawiadamiam, iż zamówiona przez Panią/Pana edycja kolekcjonerska gry Fallout 3 na PC zostanie wysłana w przyszłym tygodniu. Przewidywany termin wysyłki – środa (5.11.2008). Wynikłe opóźnienie jest spowodowane czynnikami niezależnymi od naszej firmy. W ramach rekompensaty, otrzyma Pani/Pan gratis kolekcjonerską, limitowaną i oficjalną koszulkę z gry Fallout 3. Jeszcze raz przepraszam za wynikłe opóźnienie i życzę wielu wspaniałych godzin w post nuklearnym świecie.
Pozdrawiamy,
Zespół Cenega Poland
… w sumie luz, i tak póki co nie mam sprzętu, który by tę grę udźwignął, więc dzień w tę, czy w tamtą… tylko, że 5. listopada minął, 10. też, mamy już 13-ty, a gry nie ma. Trzy dni temu napisałem maila do Cenegi z prośbą o wyjaśnienia, ale nie otrzymałem póki co odpowiedzi.
Chciałoby się powiedzieć – i bądź tu kurwa uczciwy i nie ściągaj piratów. Jakkolwiek sprawa się nie zakończy, to jedno wiem na pewno – więcej zakupów na stronie Cenegi nie dokonam.
p.s.
Tak mi się przypomniało – na gram.pl za drobny poślizg przy wysyłce kolekcjonerskiego Wiedźmina1 przepraszano klientów, jakby wyrządzono im wielką krzywdę, a na zadośćuczynienie każdy dostał bon w wysokości 100 zł do wykorzystania w sklepie gram.pl. Bo jest dbanie o klienta i dbanie o klienta.
- wysyłano go w dwóch turach – w drugiej dodatki, bo nie zdążyli wszystkich wyprodukować [↩]
Coma jak nie Coma
Coma wydała właśnie swój trzeci album – dwupłytową Hipertrofię. Już po pierwszym przesłuchaniu mogę stwierdzić, że to album wyjątkowy – i nie mam tu na myśli wyjątkowo krótkiego tytułu1, czy dwupłytowego wydania. Ten album jest w przypadku Comy wyjątkowy, bo zupełnie inny niż poprzednie.
“Zaprzepaszczone…” to było dla mnie mistrzostwo świata. Połączenie niezwykłych tekstów2, świetnego brzmienia przyprawione szczyptą absolutnej wyjątkowości na bardzo spójnej płycie. To się świetnie słuchało jako całość, można było sobie pośpiewać np. przy “Tonacji”, był ładunek emocjonalny – po prostu genialna rockowa płyta. Dla mnie idealna. Jaka jest Hipertrofia? Hm… inna.
Ostre3 kawałki pełne ekspresywnej siły zostały wyparte przez poezją śpiewaną. To dalej jest rock, ale dużo spokojniejszy i bez “powera” – choć oczywiście jest parę mocniejszych kawałków. Dużo tu eksperymentowania formą – ba! jest nawet kawałek nieco bluesowy (sic!).
Płyta jest dużo trudniejsza w odbiorze niż poprzednie (o czym zresztą mówił sam Rogucki w jednym z wywiadów), ale dzięki temu bardzo ciekawa. Mnie osobiście jednak bardziej odpowiadał styl z poprzednich dwóch albumów – i nie zdziwię się, jeśli spora część fanów Comy będzie miała podobne odczucia.
Z drugiej strony… “Zaprzepaszczone…” doceniłem dopiero po kilkunastu przesłuchaniach, więc może i z Hipertrofią będzie podobnie?

