Why so serious?
Joker

Monthly Archive for September, 2008

Dni PiS-u są policzone

Właśnie się dowiedziałem, że Ryszard Czarnecki dołączył do Prawa i Sprawiedliwości. Kiedy Rysiek dołączał do Samoobrony w 2004 roku ojciec zażartował, że teraz partia Leppera padnie, bo tam gdzie idzie Czarnecki, to zaraz idą na dno. I te słowa okazały się prorocze – przy kolejnych wyborach Samoobrona do Sejmu się nie dostała, a liderzy partii są już skończeni politycznie.

Czy scenariusz powtórzy się w przypadku partii bliźniaków? Będę miał spory ubaw, jeśli tak :)

Google Chrome – o co tyle krzyku?

Wszyscy się strasznie podniecają przeglądarką od gugla. No, fajna jest. Całkiem szybka, sprawna, ma fajny ficzer podobny do Mozilla Prism, ale lepiej działający1. Potrafi się też niespodziewanie wykraczyć, czy nie wejść na stronę. I weź tego używaj.

Najwięcej ochów i achów przeglądarka zebrała za wynik na rynku – podebrała sobie już 1, albo i 2% użytkowników. A ja się pytam – no i co z tego? Czy zabrała kogoś IE? Nie, bo ci użyszkodnicy o Chrome nawet nie usłyszeli. Podebrała jedynie tym, którzy są świadomi tego, czego używają. Którzy znają znaczenie słowa alternatywa w kontekście internetu i softu. Dla których Chrome to gadżet, który koniecznie trzeba przetestować, bo stoi za tym gigant, więc musi być fajne. Faktycznie – jest się czym podniecać.

Dla mnie osobiście Google Chrome to przeglądarka, której boję się używać. Bo stoi za nią monopolista-wielki brat.

A tak poza tym Chrome to przeglądarka z zadatkami na dobry soft. Mam wrażenie, że celuje w target pomiędzy Operą, a Firefoxem – z jednej strony mieć już wszystko na miejscu, szybko działać i wyprzedzać pomysłami konkurencję, z drugiej – dostarczyć narzędzia, z powodu których web deweloperzy wybierają Firefoxa (firebug) i inne udogodnienia, które w Operze kuleją, a które można dodać do liska poprzez wtyczki.

No i wspomniane web aplikacje. Super sprawa – dodać sobie gmaila, greadera, albo gnotepada na pasek szybkiego uruchamiania w windowsie. Chwileczkę – czy mi się wydaje, czy wszystko to jest od Google… AAAAaaaaAa!!! Wszyscy zginiemy!!

  1. to chyba zresztą główny target tej przeglądarki []

Młodzi, silni, utalentowani

Tylko dziś! Specjalna oferta dla dwojga – bilet w jedną stronę do Szwajcarii, zwiedź CERN, zobacz czarną dziurę z bliska!

Obudziłem się z przeraźliwym bólem głowy. To nie był kac, spałem po prostu zbyt długo. Usiadłem w łóżku, półprzytomny instynktownie sięgnąłem do włącznika netbooka. Kawa już stygła na stoliczku obok.

Boże… spałem trzy godziny. Będę się musiał chyba wybrać do doktora Muhammeda, by zapisał mi jakieś lepsze tabletki na kompresję snu. Trzy godziny… nie spałem tyle od dziecka. Zaraz mnie będą szukać w robocie!

Komputer był już gotowy do pracy. Robiłem jako dostawca mleka w Second Life. Ledwie starczyło na opłacenie nory, w której żyłem oraz tej drugiej – w grze. O ile to można było nazwać grą. Dorabiałem jeszcze rozdając ulotki pod wirtualnym Ratuszem, żeby mieć na żarcie i abonament. Co za ironia losu – płacić za to, żeby mieć gdzie zarabiać…

- Gdzieś ty się do cholery podziewał cały dzień?! – Maria zawsze była bezpośrednia. Zastanawiałem się jak wygląda w rzeczywistości, lubiłem ją. – Wybuchła bomba pod Ratuszem! Podejrzewają o to separatystów z Wolnego Śląska. Pierdoleni górnicy znowu chcą autonomii. Całe miasto stoi, robota stoi, kurwa, ale jestem zła.

- Gdzie szef? Muszę się zwolnić na dzisiaj i wybrać do lekarza.

- A co, złapałeś jakiegoś syfa? Mówię ci przecież, że robota dzisiaj stoi, szef lata jak poparzony sprawdzać, czy któraś z jego firm nie wyleciała w powietrze. Kutas. Olej go i idź, nikt nie zauważy.

- Dzięki.

Musiałem jeszcze zamówić ochronę. Rozbiłem skarbonkę. Cholera, tylko 15 zł. To prawie 100$, a te dupki z ASCO wołają sobie 200 dolców za przeprowadzenie przez ulicę w te i z powrotem. Znowu będę musiał się zdać na publiczną służbę ochrony. Ostatnio skończyło się na tym, że czekałem na jełopów tydzień, a kiedy w końcu się pojawili byli nawaleni w trzy dupy. Moje szczęście, że snajper na ulicy miał chyba ostatnie trzy kule i nie lubił państwowych…

- Dzień dobry, chciałem zamówić ochronę…

- Pański NIP, PESEL, PESEL2 oraz numer dowodu osobistego.

Podałem wymagane dane z pamięci.

- Proszę czekać… Eugeniusz Frotkowski?

- Tak…

- Czy pan jest spowinowacony z Jurkiem Frotkowskim?

- To mój wujek!

- Juuurek, mamy tu twojego dzieciaka na linii! Wujek pana pozdrawia. Ochrona już jedzie.

Znajomości… na państwowych placówkach, rzecz niezbędna. Będę musiał odwiedzić wujka na dniach w Second Life i podziękować. Trzech ochroniarzy przyjechało po 10 minutach. Byli nawet trzeźwi.

Poranek na ulicy nigdy nie napawał optymizmem. Zdezelowane wraki leżały na środku ulicy i nikt nie kwapił się, by je usunąć. Niemal każdy budynek nosił ślady kul, albo pocisków moździerzowych. Przechodząc przez jezdnię dojrzałem gigantyczną wyrwę w bloku obok. A ja głupi myślałem, że Paweł znalazł nową pracę i dlatego go już nie widuję…

Gabinet doktora mieścił się na dwie przecznice od mojego skromnego lokum. Lubiłem tam wpadać – miał w poczekalni telewizor dla każdego pacjenta, odbierał ponad 200 kanałów sportowych. Większość po arabsku, ale żeby oglądać piłkę nie potrzeba było znać języka.

Wychodząc z zaułka jeden z ochroniarzy złapał mnie za ramię.

- Musimy pójść dookoła. Znowu wybuchły zamieszki w murzyńskim gettcie przed nami. Jakiś palant dwa dni temu zastrzelił dzieciaka, kiedy ten próbował zwinąć owoce ze sklepu.

- Jebane czarnuchy. Dalej żyją w XX wieku i chodzą do sklepów. – Drugi z ochroniarzy był chyba rasistą i miał ochotę przemaszerować z giwerą przez środek getta. Jednak co prawda, to prawda – wciąż nie mogłem zrozumieć po jaką cholerę wytykać nos z nory, żeby pójść do sklepu. O wiele bezpieczniej było zamówić przez sieć i czekać na robota z przesyłką. Trzeci ochroniarz chyba czytał mi w myślach.

- Dziwisz im się? Zawsze wysyłają im wybrakowany towar, wolą iść pójść sami wybrać. W ogóle słyszałem, że to wszystko to spisek jakichś prywatnych ochroniarzy. Dzieciaka zamordowano, żeby skierować gniew tłumu na tego palanta, Jarka. Z jego sklepu zostały tylko zgliszcza. Dzisiaj nikt nie chroni własnego interesu publicznymi siłami.

- Jakby nie było, nie możemy tędy iść. Niech się pan jednak nie martwi, to getto jest stosunkowo małe, nie nadłożymy wiele drogi.

Dziwnym trafem przez całą drogę nie napotkaliśmy żadnego oporu. Jedynym wydarzeniem była kopulująca radośnie parka w pozostawionym wraku na poboczu.

- Cholera! Postawiłem na tych dupków pół wypłaty, a oni dostali od Komety! Od beniaminka ekstraklasy kurwa! Od ostatniej drużyny w tabeli! – miałem doborowe towarzystwo w poczekalni. Pan Zdzisław był amatorem dolnośląskiej piłki. Wiedział o wszechobecnej korupcji, ale i tak obstawiał z zapałem mecze, których się nie obstawia.

- Dzień dobry panie Zdzisiu. Widzę w piłce wszystko po staremu.

- Cześć Gieniu. A nic mi nie mów. Jestem już chyba na to za stary. Przecież tam był ewidentny spalony! Od stu lat wołam, żeby w końcu wprowadzili podgląd wideo. Szkoda słów.

- A co u małżonki? – spróbowałem zmienić nastrój na bardziej optymistyczny.

- Gertruda nie żyje od piętnastu lat…

- Ekhm… chyba moja kolej. Do widzenia panu.

Lekarz był Egipcjaninem, który się u nas wykształcił i znalazł pracę w prywatnej klinice. Publicznych zresztą już nie ma od dawna.

- Będziemy musieli panu zapisać mocniejsze tabletki. Są do wyboru dwie firmy, tańsza i droższa. Ta tańsza niszczy w ekspresowym tempie nerki.

- A ta droższa, to dużo droższa?

- Ile pan zarabia?

- 5 zł za godzinę. Ile godzin wyrobię, to już moja kwestia.

- To nie stać pana. Proszę się do mnie zgłosić za pół roku, przebadamy nerki. – Doktor wręczył mi receptę i rachunek za wizytę. Znowu się będę musiał zadłużyć.

Wróciłem do domu bez przygód, jeśli nie liczyć zaliczonej gleby na dziurawym chodniku i podartych spodni. Odpaliłem netbooka i sprawdziłem pocztę. Podwyżka za prąd.

Wróciłem do wirtualnego życia zarobić trochę grosza. Może będzie można dorobić przy sprzątaniu po wybuchu?

Spacerując po Rynku naszła mnie myśl – po jaką cholerę robiłem doktora z ekonomii, skoro nawet nad własnym budżetem nie panuję?

Używanie alphy ssie

Przynajmniej na windozie. Korzystałem w życiu z wielu komunikatorów. Padu-Padu, Unicoma, Mirandy, Konnekta, Pidgina, Sparka, Psi i pewnie jeszcze wielu innych. Niektórych dłużej, niektóre odrzucałem niemal od razu. Najbardziej do gustu przypadł mi ostatecznie Gajim, który choć ma wiele zalet, to też ma na tyle dużo wad, by z utęsknieniem wyczekiwać nowej = lepszej wersji. Ponieważ Gajimowa strona niestety jest z ubiegłego stulecia, to nie wyposażono jej w tak nowoczesne narzędzie jakim jest RSS, więc żeby się dowiedzieć o jakichś nowościach, trzeba samemu klikać w stronkę (można by się poratować jakąś sprawdzaczką zmian na stronie, ale to nie temat wpisu :P ). I tak oto odwiedziłem gajim dot org, by dowiedzieć się, że lada dzień, lada chwila pojawi się wersja 0.12 usprawniona o to i owo, a póki co jest dostępna alpha. Również na system Microsoftu. Na moje nieszczęście jestem głupim użytkownikiem tego systemu, więc nie czekając zassałem binarkę. Instaluję, odpalam i hurra, działa. O, jednak nie działa. Ktoś do mnie pisze, ja klikam jak durny w gwiazdkę w trayu, w kontakt na liście – nic. Mogę sobie klikać w nieskończoność. Próba na debila – restart kompa. To samo. Nie działa też próba klikania w różne opcje menu. Dupa, dupa, dupa. No nic, trzeba czekać na stabilną wersję i zapamiętać, żeby nie używać alphy softu, który jest robiony głównie dla linuxiarzy.

A tak poza tym to szukam pracy na pół etatu jako web developer (ślicznie składam html z cssem) albo php developer. Na pół, bo wracam na studia, trzeba z licencjata magistra zrobić.

I chyba się wezmę w końcu za Pythona. Jak szaleć to szaleć. Czytaj – wszystko, byle się nie uczyć (18. września – egzamin wstępny na USM na UWr).

Wodnosamolot

Galeon osiadł na kotwicy najbliżej wyspy jak się dało. Na sam ląd dotarliśmy na małych łodziach. Były tam mrówki. Miliony mrówek. Mięsożernych. Rzuciliśmy im kości z mięsem, żeby się czymś zajęły, a sami ruszyliśmy naprzód. Był tam otwór w ziemi, jakby do jaskini. Weszliśmy do środka. Na drugim końcu tunelu był otwór w suficie przez który można było wyjść z powrotem na powierzchnię. Światło, które się przez nie wlewało do środka oświetliło też otwór w ziemi, w głąb tego… mrowiska. Wrzuciłem do środka kość i wygrzebałem się na zewnątrz.

Nieopodal stał na wodzie dwupłatowy wodnosamolot. Pilotowała nim jakaś kobieta, blondynka o kręconych włosach. Całkiem ładna. Oferowała specyficzną przejażdżkę – klient stawał na skrzydle samolotu, stopy wsuwał pod drobne mocowania, a potem srał w powietrzu przy kolejnych bączkach. Stanąłem z ciekawości na skrzydle, by przymierzyć mocowania.

- No to startujemy!

- Ej! Ty chyba nie myślisz, że ja… Wyłącz ten silnik!

Było już za późno. Ruszyła w morze i za moment wystartuje. Odczepiłem stopy i wyskoczyłem do wody. Przecież ty nie umiesz pływać głupcze!

Opadałem na dno z zamkniętymi oczyma z nogami podkulonymi pod siebie. Odbiłem się od podłoża i zakręciłem kilkukrotnie. Przydałoby się wypłynąć… tylko gdzie jest góra, a gdzie dół? I dlaczego nie mogę otworzyć oczu?! Jezu, ja tonę… W panice zacząłem ciężko łapać powietrze. Pod wodą.

Budzę się i zastanawiam jak bardzo pojebane sny można mieć. Widać bardzo.